Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

NOCNE Z GILBERTEM ROZMOWY - cały tekst

KOCIE SPRAWY Nr 126 – Kwiecień 2013

Tekst: Klaudia Grudzińska-Rekuć

Gdy obserwujemy osoby chore na stwardnienie rozsiane, często skupiamy się tylko na ich cierpieniu fizycznym, na ograniczeniu ruchowym, z którym muszą się mierzyć. Pomijamy natomiast wymiar duchowy osób cierpiących na tę przypadłość, frustrację i niepewność, a nierzadko samotność. Osoby chore na stwardnienie rozsiane odczuwają silną potrzebę dawania, dzielenia się i jeszcze bardziej niż osoby zdrowe chcą czuć się potrzebne.


Jednym ze sposobów zasklepiania „ran w duszy” jest miłość. Może to być miłość do człowieka, ale także do małego stworzenia, jakim jest np. kot. Chorzy często obawiają się jednak obowiązków związanych z posiadaniem tego zwierzęcia. Niektórzy wierzą też w przesądy na temat kotów. Pozwalam sobie na te wszystkie stwierdzenia, ponieważ problemy związane z tą chorobą są mi dobrze znane – na SM cierpi niestety mój mąż. Za jego przyzwoleniem chciałabym podzielić się naszymi doświadczeniami i przeżyciami.
Odkąd pamiętam, zawsze ogromną sympatią darzyłam puchate perskie koty i nie wyobrażałam sobie bez nich życia. Przyznam, że przed zakupem pierwszego z nich też obawiałam się konsekwencji, jako że cierpię na astmę oraz wszelkiego rodzaju alergie. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że sierść kota perskiego, pomimo swojej lekkości i właściwości lotnych z tym związanych, nie uczula mnie ani nie
wywołuje ataków duszności, jak to bywało przy dachowcach. Oczy przestały piec i swędzić przy każdym kontakcie z ukochanym zwierzakiem, nie były już zaczerwienione. Nie musiałam za każdym razem po zabawie z moim futrzakiem natychmiast biec do łazienki, aby dokładnie umyć twarz i ręce. Zjawisko to można prosto wytłumaczyć: koty perskie, jako wybitne leniuchy, myją się o wiele rzadziej od innych kotów i nie zostawiają tak dużej ilości śliny na sierści. Dzięki temu alergia nie dawała zbytnio o sobie znać. Było to dla mnie ogromnie ważne odkrycie, ponieważ po pierwsze: mogłam się nim podzielić z innymi osobami, które cierpiały na podobne dolegliwości, jak moje; a po drugie: oznaczało to, że mogę otaczać się ukochanymi persami i cieszyć się każdym wspólnie spędzonym dniem.

Wracając jednak do mojego męża oraz problemów osoby chorej na stwardnienie rozsiane, chciałabym podkreślić, że Adam nie był zwolennikiem kotów. W jego domu rodzinnym koty żyły na zewnątrz i do środka wpadały tylko na chwilę, by napełnić brzuszki. Kontakt z nimi miał więc mój mąż bardzo ograniczony, ale za to głosił stereotypy, że kot to indywidualista i samotnik. Jego zdanie zmieniło się diametralnie, gdy zamieszkał ze mną i moimi kotami. Zwierzęta bardzo szybko zaakceptowały go i pokochały. Okazywały mu swoją miłość na wszelkie kocie sposoby: a to śpiąc na jego wyprasowanej koszuli, a to kładąc się na jego poduszce, by w końcu bez skrupułów ułożyć się na klatce piersiowej, kiedy odpoczywał. Adam coraz lepiej poznawał koty, całkowicie zmienił o nich opinie wyniesione z domu rodzinnego. Jego przyjaźń z persami sięgnęła zenitu, kiedy nakryłam go na nocnych „rozmowach” z najstarszym z nich – Gilbertem. Mąż przemawiał do kota pieszczotliwym głosem, a zwierzak równie czule odpowiadał mu, wydając tak zróżnicowane dźwięki, że trudno je odtworzyć: mruczał, ćwierkał, skrzeczał, przeciągle miauczał, stając przy tym na tylnych łapach i usiłując przednią łapką dotknąć policzka rozmówcy nachylającego się ku niemu z czułością...


Kiedy choroba zaatakowała, a diagnoza jedynie ją potwierdziła, mój mąż, człowiek niezłomny o sportowym harcie ducha, odebrał ten fakt jako wyrok. Przyszły chwile załamania, pytania „co dalej?”. I właśnie wtedy okazało się, jak wspaniałymi kompanami potrafią być koty. Nie odstępowały mojego męża na krok. W najtrudniejszych chwilach dotrzymywały mu towarzystwa, nie opuszczając prawie jego łóżka. Zawsze były na posterunku, kiedy było mu smutno, gdy cierpiał i czuł się bezradny. Wystarczyło, że poruszył palcami, a one rozumiały, że jest to zaproszenie do zabawy. Zachowywały się przy tym tak delikatnie, jak nigdy dotąd. Dla nich się nie zmienił i to było dla męża ogromnie ważne. Wyznał mi potem, że niezmieniony stosunek kotów do niego i fakt, iż nie patrzą one na człowieka przez pryzmat choroby, było równie istotne jak to, że kiedy zostawał unieruchomiony sam w domu, to samotność aż tak bardzo mu nie doskwierała, właśnie dzięki ich obecności.


Gdy kryzys mijał, koty okazywały mu swoją radość, ocierając się o nogi i prowadząc go zalotnie do miski, jakby chciały powiedzieć: „Już jest dobrze, widzisz? Mówiłyśmy, że będzie lepiej. Teraz daj nam jeść, bo już jesteś w stanie”. Bywały też sytuacje komiczne, pomimo ich smutnego wymiaru: zdarzało się, że mąż poruszając się o kulach, uśmiechał się przez łzy, kiedy koty odgrywały wokół swoje harce. „Łowiły” końcówkę kuli przy każdym jego niepewnym ruchu. Starałam się najpierw ograniczyć je w tych zabawach, ale szybko zauważyłam, że to bawi mojego męża, wywołuje jego uśmiech, a kocie psikusy rozładowują sytuację, zmniejszając przy tym jej dramat.


Koty mają jakieś niesamowite wyczucie duszy człowieka. Pojawiają się w pobliżu, kiedy naprawdę tego potrzebujemy. Przybiegają, gdy jest nam smutno i źle. Nigdy przy tym nie są nachalne. Pewnie nieraz słyszeliśmy o tym, że kot wyczuwa zmienione chorobowo miejsca i na nich właśnie się kładzie. To naprawdę dziwne, bo gdy przypominam sobie naszego kota Bazyla śpiącego niemal na głowie Adama, to samej trudno mi uwierzyć w przypadkowość jego zachowań. Przez cały ten trudny czas kot kładł się tylko i wyłącznie w tym miejscu. Dodam jedynie, że ośrodki demielinizacji u mojego męża występują właśnie w głowie.
Oczywiście nie pokuszę się tu o stwierdzenie, że takie zachowanie kota świadczy o leczniczym działaniu zwierzęcia i że kot robi to świadomie, ale z pewnością wpływa to kojąco na naszą duszę i poprawia samopoczucie. Cichutkie, przymilne mruczenie uspokaja nas, sprawia, że odczuwamy dziwne ciepło na sercu. Gładząc delikatną sierść kota, pozbywamy się napięcia. Przesuwanie ręki po kociej sierści, prócz przyjemnych doznań dzia- ła leczniczo, rehabilitując palce i samą dłoń. Głaszcząc kota zmuszamy dłoń do ćwiczeń.

Dzieląc się naszymi trudnymi doświadczeniami chciałabym, aby wszyscy pomyśleli ciepło i łaskawie o kotach. O ich zbawiennym wpływie na ludzi, zwłaszcza tych chorych lub samotnych. Małe kocie serce może okazać się wielkim, a obecność puszystych terapeutów jest wprost nieoceniona.