Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

NA DOBRE I ZŁE - cały tekst

KOCIE SPRAWY Nr 133 Listopad 2013

Tekst: Klaudia Grudzińska-Rekuć

Miłość do zwierząt człowiek nosi w sobie. Czasem trzeba jakiegoś impulsu, aby mógł ją odkryć, czasem przychodzi to w naturalny sposób, spontanicznie w trakcie kontaktu ze zwierzakiem.
Ja miałam to szczęście, że rodzice pomogli mi odkrywać każdego dnia radość z przebywania ze zwierzętami. Nasz dom od pokoleń pełen był psów, kotów, koni i wszelakich innych stworzeń, które trafiały do rodziny a to celem przezimowania, a to wyleczenia i opieki. Często pozostawały z nami do swojej późnej starości i naturalnego odejścia. Piszę o tym, ponieważ jest wiele osób, które z pewnością nie wyobrażają sobie cichego i pustego domu, bez mruczenia czy szczekania wokół. Są jednak i ci, nie do końca przekonani o słuszności dzielenia się wspólnym dachem ze zwierzętami. To dla nich przede wszystkim chcę opisać moją prywatną historię, kiedy obecność kotów i jednego psa praktycznie zatrzymała mnie na świecie.
W 2007 roku podczas burzy na Mazurach zginął mój brat, który był funkcjonariuszem straży pożarnej. Śmierć dogoniła go w czasie urlopu. Cały trud udźwignięcia tej sytuacji spadł na mnie. Sama musiałam pokonać szereg formalności związanych z tą tragedią, sprowadzić jego ciało do Krakowa, w którym mieszkam. Musiałam też przekazać tę straszną wiadomość naszej mamie, z którą byliśmy bardzo związani. Ona była przede wszystkim naszą przyjaciółką, a dopiero później mamą. Niestety mama nie była w stanie udźwignąć ciężaru tragedii i jej serce nie wytrzymało ceremonii pogrzebu własnego dziecka.
Dzień później ja sama przeszłam zawał międzykomorowy, ale mimo wszystko, pewnie bardziej z rozpędu i natłoku wydarzeń, postanowiłam żyć ze świadomością utraty w jeden tydzień całego mojego szczęścia. Mój świat zawalił się w ciągu zaledwie pięciu dni. Straciłam najbliższe mi osoby i zostałam praktycznie sama ze sprawami urzędowymi, problemami dnia codziennego, no i... ze zwierzakami. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że najgorsze dla mnie doznania mają dopiero nadejść.
Po okresie załatwiania różnych spraw, kiedy opadł poziom adrenaliny i kiedy do serca oraz rozumu dotarła brutalna prawda, gdy wokół zapanowała pustka i cisza, nadszedł prawdziwy moment żałoby, a z nią ogromny ból, żal do świata, losu i Boga. Ten ból był niemal fizyczny.
Wtedy to właśnie wszystko straciło dla mnie sens. Może zabrzmi to dziwnie, ale jedynym elementem łączącym mnie z ziemią i światem zewnętrznym były zwierzęta. Pies zapraszał mnie do zabawy i zmuszał do spacerów. On także tęsknił za zmarłymi, szukał ich, obwąchiwał przechodniów, ciągnął w miejsca odwiedzane wspólnie z tymi, których zabrakło. Ale nie odpuszczał mi. Zmuszał mnie do regularnego wstawania, podszczypywał zwyczajem owczarków belgijskich, żeby miska robiła się pełna nieco szybciej, motywował na swój psi sposób.
Kiedy spałam, koty były tuż obok, zalegały razem ze mną w łóżku, leniły się, kiedy ja się leniłam, wałęsały się przy mnie po mieszkaniu. Koty nie opuszczały mnie praktycznie na krok.
Czasem wydawało mi się, że mam ich kilkadziesiąt, bo gdziekolwiek się obróciłam, tam były, jakby chciały powiedzieć mi, że tu są, że mi towarzyszą, że one przecież też przeżywają stratę, ale nie są niczemu winne i zasługują na uwagę, ciepły gest, szczotkę i pełną miskę. Kiedy niechętnie sięgałam po tę szczotkę, aby wyczesać ich długie futro, paradowały przede mną zadowolone. Często wieczorem siadały przed wejściem do sypialni mamy i wpatrywały się godzinami w ciemny pokój, jakby czekały, że za chwilę je zawoła, albo wyjdzie swoim żwawym krokiem, udając się w stronę kuchni, by podać im kawałek ulubionego fileta z kurczaka. Oczywiście te chwile były dla mnie niezwykle przykre, rozczulające, bo widziałam, jak one tęsknią za mamą, ale też uświadomiło mi to fakt, jak bardzo zwierzęta zależne są od człowieka, jak bardzo się przywiązują, jak są mu wierne i oddane. Właśnie wtedy bardziej niż kiedykolwiek zrozumiałam słowa mojej babci, która mawiała, że kot i pies kochają do śmierci, niezależnie od tego, jakie koleje losu je spotkają.
Moje koty rozbawiały mnie, poprawiały humor swoimi szalonymi zabawami, zaczepkami, łapaniem mnie za stopy, delikatnym muskaniem wąsami, gdy rano mnie budziły. Mruczały do ucha i układały się na mnie, kiedy było mi smutno i źle. Zawsze kiedy płakałam i gdy nie miałam siły brnąć dalej przez życie, one nagle się pojawiały. Ilekroć je spychałam z kolan, wracały do znudzenia. Mogę śmiało powiedzieć, że to moje koty wyciągnęły mnie z tych trudnych chwil, zmuszając do normalnego regularnego funkcjonowania. Kiedy w końcu nabrałam sił na powrót do odpowiedzialnej pracy zawodowej, zabierałam je do kontenerów, pakowałam do samochodu i jechałam z nimi do wynajętego mieszkania w odległym o 100 km mieście, gdzie wówczas pracowałam. Tak było co tydzień. Byłam im to winna. One nie opuszczały mnie, kiedy ich potrzebowałam, to i ja odwzajemniałam się tym samym.
Dziś patrzę na moje życie przez pryzmat „tu i teraz”. Nie mogę wracać do przeszłości, rozmyślać. Nie mam nawet z kim powspominać bliskich mi osób i minionych chwil, i to chyba najbardziej boli. Nie robię też dalekosiężnych planów, bo liczy się dla mnie każdy dobrze i spokojnie przeżyty dzień. Udało mi się także stworzyć rodzinę. Po prostu bardzo potrzebowałam odbudować rodzinę, bo dla nas ludzi najgorsza jest utrata przynależności do „klanu”. Wtedy właśnie odczuwamy największą stratę.
Myślę, że wiele jest osób takich jak ja. Nie czuję się wyjątkowa.
Teraz marzę o tym, aby wszyscy ludzie dostrzegali terapeutyczną rolę zwierzaków, a zwłaszcza kotów. By postrzegali je jako przyjaciół i nie patrzyli na nie przez pryzmat obowiązków czy kłopotu. Nie należy obawiać się zaopiekowania się zwierzakiem, bo często okazuje się, że to on opiekuje się nami, będąc tu i teraz i osładzając nam nawet te najtrudniejsze chwile.