Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

KOTY NA LEKARSTWO - Tekst Magdalena Smęder

Tekst Magdalena Smęder, zdjęcia ANNA ZEMANEK

  Ugniatały łapkami mój strach, mruczały uzdrawiające mantry, układały się na moim ciele, wpatrywały się w oczy z troską, czasem rozśmieszały i łagodziły ból. Moje kotki przez cztery mroczne miesiące stały się siostrami miłosierdzia i terapeutkami, cierpiąc niewygody i wykazując niebywałą wprost determinację.

Sonia i Jadzia są zwykłymi dachowcami o pospolitym rodowodzie. Na co dzień, jak to koty - egocentryczne, psotne, neurasteniczne królewny - łaskawie pozwalają się kochać człowiekowi. Pół roku temu, z dnia na dzień złamały swoje zasady i postanowiły wziąć się za moje życie. Przez cztery mroczne miesiące stały się siostrami miłosierdzia i terapeutkami, cierpiąc niewygody i wykazując się niebywałą wprost determinacją. Ugniatały łapkami mój strach, mruczały uzdrawiające mantry, układały się na moim ciele, wpatrywały się w oczy z troską, czasem rozśmieszały i łagodziły ból. Stały się też bardziej poważne. Ale najdziwniejsze było to, że zawarły między sobą pakt o nieagresji. Podzieliły się również rewirami mojego ciała, a punktem honoru było dla nich ułożenie się na miejscu po operacji. W tym samym czasie zawiesiły również szalone gonitwy i galopady, którym uwielbiały się oddawać, bez względu na porę dnia i nocy. Z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów, moje nieznośne koty postanowiły zająć się mną i na swój koci rozum mną się zaopiekowały.
W dniu, w którym wyszłam ze szpitala i stanęłam w otwartych drzwiach mojego mieszkania, Jadźka zrobiła stójkę i wyprężona jak surykatka ruszyła w moją stronę na dwóch łapkach. Idąc przez cały przedpokój piszczała i gruchała do mnie w swoim, niepodobnym do kociego, języku. Zaraz za nią przyczajona, jak czarna pantera, zmierzała w moim kierunku Sonia, hipnotyzująca mnie jak zwykle swoim fosforyzującym wzrokiem bazyliszka.
Sama ledwie stałam na nogach, więc chętnie usiadłam na podłodze, po turecku. Bardzo niesterylnie i bardzo nieszpitalnie zaczęłam witać się z kotami. „Noskom" i „czółkom" nie było końca.
Po tej wymianie czułości kocice zaczęły wciągać mój obcy zapach, który ze sobą przyniosłam. Otwierały pyszczki i wystawiały języki, zawsze mnie to ich zasysanie zapachowych kodów śmieszyło, bo nie wyglądały wtedy zbyt inteligentnie, ale tym razem napuszyły ogony i były bardzo zaniepokojone. Wyczuły tę bezwonną substancję, która wypełnia onkologiczne szpitale. Tak pachniał im ludzki strach.
Na każdym etapie mojej choroby unikałam czarnowidztwa, w końcu miałam dwa koty i nastolatka na utrzymaniu, a poza tym fantastyczne plany na drugą połowę życia, więc siłą rzeczy nie brałam pod uwagę opcji „złego zakończenia". Stąd też moje uwolnione ze szpitala ciało miało za zadanie goić się i zrastać, a ja miałam za zadanie czekać na wyniki, od których zależały moje dalsze losy. Ból, słabość, listopadowa słota i długo płynące godziny stały się moją codziennością, ale jakkolwiek strasznie to wyglądało, leżałam sobie we własnym łóżku, piłam z własnego kubeczka i miałam przy sobie dwa termofory z futra. Syn poprowadził dom, przyjaciele znosili smakołyki, sąsiedzi doglądali. Byłam otoczona dobrą energią wspaniałych ludzi, ale przychodził czas, kiedy wszyscy rozchodzili się do swoich zajęć, a ja zostawałam sama z przerażającą chorobą i...wtedy do akcji wkraczały koty.
Sonia i Jadzia przychodziły do mnie i „radziły". Jadzia obstukiwała mnie czołem, podbijała łebkiem, albo delikatnie opierała o moją dłoń przednie łapki, jakby dodając mi otuchy. Sonia wpatrywała się z bardzo bliska w moją twarz, żeby po chwili dotykać mnie łapą w oczy, usta, policzek. Były przy tym rytuale bardzo poważne. Ja wewnętrznie pękałam ze śmiechu, obserwując to kocie konsylium, ale nie chciałam ich zniechęcać, bo to było niesamowite. Po tych badaniach kocice zaczynały się na mnie układać w dość niewygodnych dla nich, jak mi się zdawało, pozycjach. Przysiadały na tylnych łapach, a brzuch i przednie łapy były ułożone w miejscu, gdzie znajdował się pooperacyjny opatrunek. Nie walczyły ze sobą, ale każda dążyła do zajęcia tego
właśnie miejsca. Wolałam Jadzię, bo była lżejsza. Kocice leżały na mnie, jakby mnie wysiadywały i wyciągały chorobę. Te ich zabiegi prawie całkowicie eliminowały ból, a intensywne mruczenie wprawiało w delikatną wibrację moje ciało. To było cudownie uspokajające. W przeciwieństwie do innych zabiegów pielęgnacyjnych, do których poczuwały się moje „siostry miłosierdzia". Chciały mnie regularnie wylizywać swoimi ostrymi  językami, a kiedy się oganiałam, usiłowały uporządkować moje włosy.
Mijały tygodnie, a nawet miesiące. Wyniki miałam znakomite na tyle, że oszczędzono mi kolejnej operacji i chemioterapii, za to zaordynowano radioterapię, która nie wyniszcza człowieka, tylko niedobitki choroby. Co ciekawe, im bardziej wracałam do zdrowia, tym bardziej koty zaniedbywały swoje wobec mnie obowiązki. Nie układały się już na mnie, a jeśli, to na krótko, dla przyzwoitości. Coraz częściej zajmowały się sobą i swoimi sprawkami. Powróciły szalone „berki" i gonitwy po ścianach. Jadwinia stała się krnąbrną nastolatką i raz mnie kochała nad życie, innym zaś razem potrafiła kąsać rękę, która ją karmi. Sonia znów knuła spiski, jakby tu Jadzi dołożyć i zdobyć władzę absolutną na całym terytorium. Syn, który w trudnych chwilach mojej choroby stanął na wysokości zadania i przejął moje domowe obowiązki, powoli wracał do ulubionego stanu „dolce vita", rozrzucając po domu co się da i gdzie się da. Nareszcie z wolna, ale konsekwentnie powracała cudowna normalność. Tuż przed kalendarzową wiosną lekarz oznajmił: „Jest pani wyleczona, doskonale pani to zniosła". Hmm... uśmiechnęłam się pod wibrysem i pomyślałam: „Koty są najlepszym lekarstwem".