Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

POZWÓL ODEJŚĆ – RZECZ O UMIERANIU, EUTANAZJI I UPORCZYWEJ TERAPII – Tekst: Anonimowa wolontariuszka

Tekst: ANONIMOWA WOLONTARIUSZKA
– „KOTY Z GÓRALSKIEJ – WROCŁAW”


Patrzenie na śmierć rozłożoną na raty nigdy łatwe nie jest. Przynajmniej dla tych, którzy mają w sobie choć odrobinę empatii. Są jednak osoby, dla których zdecydowanie większą trudnością jest podjęcie tej ostatecznej decyzji i pozwoienie zwierzęciu na odejście w sposób humanitarny, szybki i bezbolesny. Stąd ten tekst, choć pisać mogę tylko o własnych doświadczeniach.
Zacznijmy od konkretnych przykładów. Będą dwa. Myślę, że znaczące.

Siva
Kotka rutynowo łapana do sterylizacji. Dzika dzicz. Przepiękna. Srebrny lis. Pierwszy raz zobaczyłam ją późną wiosną w klatce bytowej u koleżanki na strychu. Same zęby i pazury. Spojrzała na mnie w taki sposób, że potylica swędziała mnie jeszcze tydzień. M. śmiał się, że kot pewnie mnie wybrał. Kotka kiepsko oddychała: charczała, nie domykała pyszczka. Przeleczyliśmy ją i wypuściliśmy w miejscu jej bytowania. Późną jesienią była w tak złym stanie, że sama zapakowała się do wystawionego transportera. Do mnie trafiła w połowie stycznia. M. śmiał się jeszcze bardziej. Długie diagnozowanie, szukanie przyczyny choroby. Kot rzęził jak Lord Vader, miał chyba zapalenie wszystkiego i okazał się jedną wielką wadą wrodzoną: nieprawidłowa budowa czaszki i zbyt wąskie kanały nosowe. Brak odpowiedniej wentylacji powodował ciągłe stany zapalne. W dodatku mar skość wątroby i łojotokowe zapalenie skóry. Chętni na kocicę szybko się wykruszyli, wiadomo było, że Siva zostanie u nas. Diagnoza i rokowania kiepskie: może pożyje jeszcze najwyżej z pół roku. Trudno, „tymczasowanie” dorosłych i chorych kotów zawsze wiąże się z takim ryzykiem. Ale zagryzam zęby i staram się stanąć na wysokości zadania.
Siva była u mnie ponad pięć i pół roku. Pod koniec doszedł problem z kamieniami w pęcherzu (brak możliwości zmiany diety), cukrzyca. Ostatecznie pokonał ją nowotwór trzustki.
To wszystko nie stało się nagle. Siva sypała się po kolei, z matematyczną wręcz precyzją, ale wdrażane leczenie przynosiło dobre efekty. Przyszedł jednak ten moment, kiedy kot, zmęczony już próbami wyregulowania poziomu cukru we krwi (nie było to łatwe, bo Siva była na sterydach, a brak sterydów wiązał się z tym, że kot się dusi), ciągłym domowym pobieraniem krwi, zastrzykami i zachęcaniem do jedzenia… po prostu zawisł nad miską i już nie mógł dalej walczyć.

Gruby
Kastrat, wiek ok. 12 lat z dużym plusem. Towarzyszył każdej łapance kotów na zabiegi.
Namolny, domagający się uwagi, wyjadający wszystkie przynęty. W końcu zabraliśmy go z ulicy, bo wyglądał coraz gorzej. Chwilę później jego nerki odmówiły posłuszeństwa. Standardowa procedura: diagnozujemy, leczymy, znowu badamy. I tak w kółko Macieju. Kocur wreszcie doszedł do siebie, mocznica wyhamowała, choć wyniki dalekie były od ideału. Miał apetyt, bawił się, dobrze funkcjonował. Wiadomo jednak było, że jak się rozsypie, nie będzie już czego zbierać.

Więcej przeczytasz w magazynie KOCIE SPRAWY NR 169 LISTOPAD 2016