Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

KOTY Z GÓRALSKIEJ – Blog Aleksandry Klim i Lucyny Róg-Wolskiej

z cyklu KOCIE BLOGI, CZYLI ROZMRUCZANY INTERNET

Blog to niezwykły, bo zdecydowanie inny od tych, które pokazujemy na łamach naszego miesięcznika. Nie ma tutaj wychuchanych kotków w pięknych pomieszczeniach, jest za to szczypta smutku i realne spojrzenie na trudny los kotów z pewnej wrocławskiej ulicy. Stronę „Koty z Góralskiej” (kotyzgoralskiej.wordpress.com) prowadzą Aleksandra Klim i Lucyna Róg-Wolska, które z oddaniem i determinacją pomagają zwierzętom. Są też obecne na FB

(www.facebook.com/Koty-z-Goralskiej-Wrocław-1593765870868632).

O pracy wolontariusza i pomocy kotom pochodzącym nie tylko z ulicy Góralskiej z Aleksandrą Klim rozmawia Ania Dąbrowska.

Ania Dąbrowska: Jak wygląda ulica Góralska?

Aleksandra Klim: To ścisłe centrum Wrocławia. Nie znaczy to jednak, że jest tam ładnie i przyjemnie.
Góralska jest ślepą ulicą, kończącą się nasypem kolejowym i działkami. Tuż obok znajdują się tereny nieczynnego Dworca Świebodzkiego, dwa budynki mieszkalne, kilka firm. Chaszcze, brud, śmieci po cotygodniowych targowiskach na Świebodzkim i nie tylko. Dziwne ścieżki, jeszcze dziwniejsi przechodnie. Kogoś tam napadnięto, komuś wbito nóż w brzuch. Lynch mógłby kręcić filmy.
Stara kanapa pełna zboża? Facet chodzący w zimie bez butów i gryzący drzewa? Normalka.

 W jaki sposób zaczęła się twoja działalność na Góralskiej?
Trafiłam tam przypadkiem. Jedna z wolontariuszek fundacji, w której kiedyś działałam, puściła w świat ogłoszenie o pięknym kocie w typie syjama, który mieszka na tamtejszych działkach. Kot faktycznie tam był – ani oswojony, ani zdrowy.
Zaczęła się zabawa w głuchy telefon. Rzeczona wolontariuszka przekazywała numer telefonu do koleżanki, koleżanka jeszcze jednej koleżance, a ta – pani dokarmiającej koty. Tak się adopcji nie robi. Akurat skończyłam jedną akcję, więc wzięłam się za Góralską.
Dziś tego kota już nie ma: robaczyca okazała się tak zaawansowana, że kot odszedł, choć do końca go ratowaliśmy. Były też inne koty i było ich dużo. A ja jedna… Z fundacją działać się nie dało – ja chciałam badać koty, bo rozprzestrzeniały się tam choroby zakaźne (FIV, FIP, FelV), a ona miała to w poważaniu, a wręcz uznała to za moją fanaberię. Odmówiono mi nawet finansowania sterylizacji. Głupie rozgrywki personalne, a cierpiały na tym koty.
Wzięłam jednak sprawy w swoje ręce, doszli też inni wolontariusze. Jest nas mało, ale to pozwala skupić się na rozwiązywaniu problemów.


Więcej przeczytasz w magazynie KOCIE SPRAWY NR 170-171 – GRUDZIEŃ 2016/STYCZEŃ 2017