Zadzwoń do nas: (22) 844 19 84 / (22) 844 80 77 / 665 777 244 Email: kociesprawy@kociesprawy.pl

Nie masz jeszcze prenumeraty naszego magazynu?  Zamów

NOTEK

Tekst: Kpt. Ryszard Choiński

W 1973 roku moim drugim „kapitańskim” statkiem był mały motorowiec „Noteć” należący do PŻM w Szczecinie, a pływający w krótkich rejsach europejskich.
W norweskim porcie Sarpsborg, podczas ulewnego deszczu marynarz wachtowy zauważył przy trapie przemoczonego, czarnego kociaka, który sprawiał wrażenie, że chce wejść na statek.

Oczywiście kazałem go zabrać i po osuszeniu umieściłem w swojej kapitańskiej sypialni – czyli zakątku klitki o rozmiarach przedziału kolejowego. Łóżko, czyli w języku marynarskim „koja”, oddzielone było od reszty pomieszczenia przesuwną kotarą. Intymność miejsca i panujący w nim półmrok kociak, już suchy i nakarmiony, przyjął z największym zadowoleniem i zapadł w głęboki sen.
Następnego dnia rano statek wyszedł w morze, z kotem jako dodatkowym członkiem załogi, która jego obecność zaaprobowała jednogłośnie jako rzecz naturalną, podobnie jak fakt, że kociak zamieszkał w kabinie kapitańskiej.

Sprawy sanitarne nie były problemem, gdyż kot natychmiast zrozumiał, do czego służy wypełniony piaskiem karton w rogu kabiny. Z typową dla swojego gatunku ciekawością zwiedzał zakamarki statku i od razu docenił zalety kuchni, gdzie dostawał obfitą „polizkę”.

Marynarze z reguły kochają zwierzęta, będące dla nich namiastką normalnego, lądowego życia, dlatego kociak wkrótce miał już na statku 18 oddanych przyjaciół. Pozostała jeszcze kwestia imienia, jakie mu nadać. Największym kawalarzem na statku był marynarz Adam Smutek, który wbrew nazwisku zawsze był skłonny do krotochwilnych zachowań. I jemu właśnie przyszedł do głowy pomysł, już całkiem serio, aby kota nazwać Notek, bo tak w obcych portach wymawiano nazwę naszego statku.
Brawo, Adam! – wykrzyknęliśmy i zorganizowano dla kota „chrzciny” w typowo polskim stylu.

(...)

W jednym z portów kupiłem Notkowi czerwoną obróżkę, w której wyglądał niezwykle wytwornie.
Stało się zabawną rutyną, że po zawinięciu do portu, kiedy załatwiałem w kabinie formalności z miejscowymi urzędnikami, kot w pozie posągowo-uroczystej siedział na brzegu kanapy albo szafki barowej, stając się po kilku tygodniach znaną i lubianą częścią „Noteci”.

Największą sympatię wzbudzał u pracowników administracji nabrzeża Gustavsberg w Sztokholmie, gdzie bywaliśmy dość często. Tam otrzymywał w podarunku różne miejscowe frykasy, a nawet zabawki, łącznie z okazałym drapakiem.
Kłopoty mogły zacząć się w Anglii, gdzie obowiązują bardzo surowe przepisy sanitarne. Niestety, dostałem polecenie jazdy do portu Runcorn pod Londynem. Na krótko przed przyjściem agenta, celników i policji oddałem kota na przechowanie niezastąpionemu Smutkowi.
Wśród deklaracji, które musiałem podpisać, było też oświadczenie, że na statku nie ma żywych zwierząt. Modliłem się w duchu, aby kot nie uciekł Smutkowi i nie zaczął dobijać się do drzwi kabiny. Ale tak się szczęśliwie nie stało. Natomiast agent, tuż przed opuszczeniem kabiny, zrobił do mnie „oko” i powiedział:
– Kapitanie, zapomniałeś schować ten karton z piaskiem. Ja wiem, co to jest, bo mam w domu nie jednego, a trzy! – podkreślił.
Doceniłem zrozumienie sytuacji jako kociarz i jako Polak.


Więcej przeczytasz w magazynie KOCIE SPRAWY NR 167 WRZESIEŃ 2016